Gruby na diecie - ostateczne starcie
Część pierwsza - The Royal Fitness Club.
To, że praktycznie każdy z Was był kiedyś na diecie, to już wiem po
pierwszym tekście o moich przygodach związanych z tym niechcianym balastem.
Jeden ludek nawet tak się przejął, że postanowił go skomentować: „Skoro 18 razy
byłeś na diecie, to znaczy, że miałeś *ujowch dietetyków” - no geniusz. Po
kolejnych moich perypetiach postanowiłem ponownie podzielić się z Wami moimi
przeżyciami. Wobec tego zapraszam na
małą aktualizację, co dalej z grubym.
I tak, jak już niektórzy z Was wiedzą, po kilkunastu próbach
pozbycia się niechcianego, obrastającego mnie tłuszczu, ciągłych efektów jojo,
które wracały jak bumerang, i uświadomieniu sobie, że pomimo obecnych dobrych
wyników profilu lipidowego wraz z upływającym wiekiem już nie musi być tak
kolorowo - postanowiłem po raz ostatni rozprawić się z moją nadwagą. Decyzja o
tym narodziła się zupełnie przypadkiem, a droga do miejsca, w którym jestem
teraz była - nomen omen - cały czas pod górę i chyba gdybym wiedział, jak
ciężka to praca, nie wiem, czy zdecydowałbym się na tę podróż. Nalejcie sobie
wody, weźcie ręcznik do wycierania potu z czoła i załóżcie wygodne buty, bo to
nie będą łaskotki.
Zanim dojdę do momentu
mojej transformacji, muszę uderzyć się w pierś i przyznać, że w pierwszym
odcinku „Grubego na diecie” trochę się pomyliłem - albo inaczej - nie byłem w
pełni świadomy, formułując moje obserwacyjne tezy. Zauważyłem wówczas, że w
większości przypadków ludzie dbają o swoje sylwetki, żeby podobać się innym i
dopasować się do zidealizowanego świata, gdzie wszyscy są piękni, wysportowani
i bogaci. Otóż nie jest tak do końca. Z autopsji wiem, że chodzi o coś zupełnie
innego - przynajmniej tak było w moim przypadku. Dotarcie do tego
wysportowanego kamienia filozoficznego zajęło mi trochę czasu, ale lepiej późno
niż później..., czy jakoś tak. Ale jak odnalazłem ten kamień, dowiecie się w
dalszej części.
Historia początku mojego ostatecznego starcia zaczyna się
około trzech lat temu, gdy to za namową mojej rodzicielki po raz ostatni - w
sumie to dla jej świętego spokoju - postanowiłem skorzystać z pomocy
specjalisty. Okazało się bowiem, że w mieście mojego urodzenia, gdzie wówczas
jeszcze mieszkała mamita, istnieje profesjonalny fitness club, założony i prowadzony
przez jedną z najbardziej fitnessowych postaci w Polsce - zdobywającego puchar
za pucharem i występującego w mediach jako specjalista od idealnej sylwetki -
niejakiego Leszka. Klub oferował kompleksową obsługę grubasów - od diagnostyki,
poprzez spersonalizowane diety, po treningi pod okiem fachowców.
Mama Władzia naciskała, że powinienem spróbować i po raz
ostatni udać się po poradę, bo to profesjonaliści i na pewno uda im się
okiełznąć grubego. Nie będę ukrywał, że owe namowy odebrałem - eufemistycznie
rzecz ujmując - z małym entuzjazmem, bo miałem w pamięci moje wszystkie
poprzednie próby i w sumie już pogodziłem się z tym, że po prostu jestem, jaki
jestem, i zamiast szukać sposobu na zmniejszenie swoich rozmiarów - szybciej i
łatwiej będzie to zaakceptować. Jednak w trosce o swoją higienę psychiczną,
szacunek do mamci oraz w obawie o dalsze jej ględzenie, jak to wystaje mi mój
bebzol… i ciągłe przeżuwanie przeżutego - zgodziłem się. Władzia wzięła sprawy
w swoje ręce, zadzwoniła do fit-speców, ustaliła szczegóły spotkania i umówiła
mnie na profesjonalną wizytę u mistrzów od wysportowanych sylwetek. To nie była
dietetyczna przychodnia z lat 90. To było modernistyczne studio… Święty Graal i
kamień filozoficzny w jednym, dodatkowo niesiony przez białego kruka. Po prostu
prima sort!
Wizyta miała być
poprzedzona serią badań lekarskich wraz z USG jamy brzusznej, żeby owi magicy
mogli jak najdokładniej dopasować cały proces przemiany grubego w
wysportowanego przystojniaka prosto z okładek „Men's Health” czy innego „Forbesa”.
Z wielką niechęcią wsiadłem w samolot, przyleciałem do Gdańska, pożyczyłem auto
i pojechałem do mojego miasteczka na specjalistyczne konsultacje dietetyczne
połączone z profesjonalnymi badaniami całego ciała. I teraz uwaga - policzyłem
przebyte kilometry i okazało się, że w sumie pokonałem 1410 (sic!). Skoro
ostateczne starcie, to i wartość przebytej drogi iście bitewna. To nie mogło
się nie udać!
Po ciężkiej podróży wstałem rano, wypiłem kawkę i udałem się
do umówionych znachorów, żeby mieć, co potrzeba. Poszło całkiem
sprawnie, bo wszystko było prywatnie i wcześniej zaplanowane przez
organizatorkę tego wydarzenia. Najpierw krew, później USG jamy brzusznej i voilà!
Wszystko, co było mi zalecane przed spotkaniem z człowiekiem, który ma uzdrowić
moje ciało, było zapisane na kilku papierkach i zdjęciu wnętrzności z opisem
obrazu. Nadal niechętnie, ale w towarzystwie Władzi - bo to jej flagowy pomysł,
więc nie mogło jej zabraknąć - udaliśmy się do miejsca kultu... kultu ciała. Po
wejściu do środka od razu wyczułem znajomy mi zapach, przed którym już kiedyś
uciekałem z siłowni. No dobra, to zaraz minie, mamy słabe nosy. Nie myśląc już
o tym, pukam do pokoju supertrenerów.
Spodziewałem się, że drzwi otworzy mi ten umięśniony pan z telewizyjnych
programów, na widok którego od razu stracę ze dwa kilo, a tu zonk. Drzwi
otwiera mi lekko podstarzała pani i energicznie zaprasza nas do wewnątrz.
Początkowo myślałem, że może pomyliłem wejście z damską
szatnią, ale pokój zdecydowanie wyglądał jak biuro. Wchodzimy razem do środka. Pani
callanetics od razu wyjaśnia, że jest siostrą tego pana z plakatów i
certyfikowaną dietetyczką (dla tych, co nie wiedzą: w latach 90 krążyły takie
kasety VHS z paniami w obcisłych strojach podskakującymi w rytm muzyki. Kasety
wędrowały z rąk do rąk, bo pół kobiet na osiedlu myślało, że jak to poogląda,
to będą wyglądać tak jak te panie - callanetics to nazwa tych kaset). Co prawda
dopiero od dwóch lat, bo wcześniej miała szkołę nauki jazdy, ale na fali
popularności Leszka postanowiła, że pójdzie w jego ślady. No kurwa…
niecenzuralne słowa pojawiły się w mojej głowie szybciej niż prędkość światła.
Z tego, co mówiła mamita, miałem mieć spotkanie z misterem fitnessu we własnej
osobie. A zamiast tego siedzę naprzeciw kogoś, kto dwa lata temu tłumaczył ludziom,
jak mają skręcać, a teraz będzie mi mówił, co mam robić, żeby nie być taki
gruby. No trochę śliskie, ale ok. Nie oceniajmy książki po okładce. Może
dietetyczną wiedzę wyssała z mlekiem matki jak jej brat. Dajmy jej szansę.
Po potoku słów, które naprawdę szybko wydobywały się z
jej paszczy i potwierdzały jej zajebistość, dostaję komunikat, że mam rozebrać
się do gaci i stanąć na specjalnej wadze, która zmierzy poziom tkanki
tłuszczowej i wykona inne pomiary. - Tak przy mamie? - pytam niepewnie.
- Noajak! Myślisz, że mama nie widziała cię nago? Hahaha! - komentuje moje
zdziwienie i puszcza oczko do lekko zszokowanej Władzi, która również była
święcie przekonana, że to jednak będzie umięśniony pan z telewizji, bo przecież
to jego fitness club i w sumie to umawiała mnie stricte do niego.
Fit macho widocznie miał lepsze zajęcia niż ratowanie
kolejnego grubasa. Staję w slipach na maszynie i po chwili wychodzi wydruk.
Rycząca pięćdziesiątka bierze wszystkie papiery, szybko przegląda i wydaje werdykt,
który specjalnie mnie nie zaskakuje:
- No tak… za dużo, za gruby...
No gdzieś już to słyszałem... Trauma z dzieciństwa staje mi przed oczami.
Myślę sobie: nic odkrywczego, zresztą widać to jak na dłoni - gruby i
chuj!
Po analizie moich medycznych wyników i wydruku z
inteligentnej wagi pani, która niedawno analizowała znaki i skrzyżowania,
zaczyna lekarski wykład.
- Oj… ta wątroba... niedobrze... za dużo tej tkanki tłuszczowej...
I kiwa przy tym głową jak lekarz z co najmniej dwudziestoletnim stażem. Jak
nic wieczorami leci u niej Dr. House. Kątem oka spoglądam na rodzicielkę i widzę, jak przewracają się
jej gałki oczne, bo to przecież pani pielęgniarka oddziałowa, która 35 lat
przepracowała w służbie zdrowia i zapoznała się wcześniej z tymi wynikami - nic
mi nie wspominając o ich fatalnym rezultacie.
- No dobrze - kończy wykład instruktorko-lekarka. - Chce pan zmiany? - pyta
retorycznie, jakbym przyszedł tu z innego powodu.
- Jasne, że chcę! - odpowiadam bez zastanowienia.
- Nazwisko!
Zaczynam się czuć jak na przesłuchaniu. Podaję swoje dane i nagle jej
już i tak spora euforia podnosi się jeszcze bardziej.
- Ja znam pana ojca! I Panią też znam! - wykrzykuje do lekko zszokowanej mamy,
której gałki oczne zaczynają wirować jak pralka przy końcowym programie.
Ona jeszcze tego nie kuma, ale my z Władzią już wiemy, że laska pomyliła ją
z drugą żoną starego. To by wyjaśniało te nienaturalne ruchy oczu. Mamita
bierze to na klatę i odpowiada jej spokojnie, że to jest jednak qui pro quo. Lady
callanetics, jakby w ogóle tym nie wzruszona, kontynuuje opowieści o
koleżeńskich zażyłościach z moim ojcem. Kogo to obchodzi? Ja tylko chcę być
chudy i nie przyszedłem tutaj, żeby słuchać tych pierdów, a najlepiej - to chciałbym
wyglądać jak ten pan na plakacie. Wracajmy do meritum!
W końcu, po wykładzie z medycyny i opowieściach o komitywach
z ojczulkiem przyszedł czas na konkrety. No nareszcie, bo już się martwiłem o
kondycję patrzałek mojej rodzicielki. Dostaję kawałek kartki, długopis i
kolejny komunikat:
- Pisz, młody!
Ale zanim to nastąpi, dostaję pytanie rodem z … nie powiem skąd...
- Pijesz wodę? - pyta trenerka.
- No tak, staram się pić dużo wody - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Mineralną czy źródlaną?
... a podobno nie ma głupich pytań...
- Piję wodę z kranu, bo w Norwegii w większości pije się właśnie taką -
odpowiadam niepewnie, jakbym od razu wiedział, że to nie jest prawidłowa
odpowiedź.
- Musisz pić tylko taką, z takimi minerałami. Taka jest najlepsza...
I dostaję do ręki butelkę jakiejś H2O z supermarketu, która na etykiecie ma
wypisaną zawartość pierwiastków, których połowy nawet nie znam.
- Ależ proszę pani, ja nie mam takich rarytasów w gospodarczo-socjalistycznej
Norwegii. Przecież nie będę eksportował wody...
I nomen omen leci kolejny wykład - tym razem o wodzie - zakończony po
chwili stwierdzeniem:
- No trudno.
Jakby to miało kluczowy wpływ na pozbycie się mojego nadmiaru... Oddaję
butlę, a w zamian dostaję kartkę papieru, długopis i kolejne zadanie:
- Pisz jadłospis! Rano, na śniadanie będzie sok pomidorowy ze startą pietruszką,
kurkumą i ostrą papryką, ale przed tym szklanka wody z cytryną.
Zapisane!
- Na obiad - kurczak...
- A właśnie, psze pani, byłbym zapomniał… ja nie jem mięsa, jestem peskatarianinem...
- Jak to nie jesz mięsa?
- No nie jem i koniec, kropka.
W tym momencie dostaję kolejną prelekcję, tym razem o tym, że mięsko trzeba
jeść... Oczy Władzi zaczynają znowu naśladować łazienkowe AGD przy wirowaniu.
- A nie można tego substytuować? - pytam nieśmiało.
Z ogromną niechęcią, ale finalnie znajduje się dla mnie jakaś żywieniowa alternatywa.
- Będziesz jadł tuńczyka.
No ok. O rezygnacji z jedzenia ryb też myślałem, ale już nie chcę
wprowadzać większego zamieszania.
- Pisz! Trzy puszki tuńczyka i warzywa do tego - to na lunch, a na obiad
krewetki i białe ryby w ilości ok. 100 gram. Na kolację to samo co rano. Po
pierwszym i trzecim posiłku herbatę z pokrzywy - trzy saszetki zalewane wodą
(na szczęście w tym przypadku może być z kranu) w ilości 150 ml. Do tego możesz
stosować 4 gieta soli i codziennie witaminę D3 - osiem tysięcy. I to masz jeść
przez następne dwa tygodnie. Niestety, to jeszcze nie koniec atrakcji -
uniwersum rozwija się dalej.
- W międzyczasie ważysz się i mierzysz każdego dnia, zapisujesz rezultaty i
dzwonisz do mnie po tych dwóch tygodniach i ustalamy, co dalej. Zrozumiałeś?
No kurwa, nie do końca, ale postanawiam zostawić moje przemyślenia dla siebie,
żeby już nie przedłużać tej ceremonii absurdu.
Trzymając w ręku bazgroły mojej diety, wstaję lekko
zachwiany i pytam o kwotę, jaką mam uiścić za te jakże wartościowe wykłady i
porady.
- Pięćset pięćdziesiąt złotych!
- Ile?
W myślach znowu same wulgaryzmy, których już Wam oszczędzę.
Pytam ponownie w nadziei, że może jednak się przesłyszałem.
- 550 polskich złotych!
Jednak to prawda. Muszę udać się do bankomatu, bo nie byłem przygotowany na
taką stawkę.
- Pani wybaczy i da mi chwilkę.
Zerkam na mamę i widzę tylko jej kręcące się w szaleństwie ślepia. Idę po
gotówkę i myślę, że może to kwota za miesiąc, albo jakieś wpisowe… Zaraz
dopytam.
Wracam, wręczam banknoty i pytam… W odpowiedzi słyszę, że to jednorazowa
opłata i za dwa tygodnie będzie następna.
Biorę Władzię pod pachę, bo bidulka ma już lekkie zawroty
głowy i wychodzimy z tego przybytku. W samochodzie początkowo kompletna cisza -
szok po tym spotkaniu jest tak duży, że brakuje nam słów. Po chwili kontemplacji
oboje z mamą stwierdzamy, że pani jednak powinna zostać przy nauce drivingu i
powiedzieć, że coś się jej odkleiło, to jak nic nie powiedzieć. Ufff… kamień z
mojego serca. Matulka, już raczej nie będzie podejmować kolejnej próby. Chyba
nawet polubi mój nienaturalnie duży brzuch. Ja jestem w jeszcze chyba większym
szoku, bo właśnie do mnie dociera, że zapłaciłem pół tysiaka, żeby dowiedzieć
się, że piję złą wodę, powinienem jeść mięso i pić sok pomidorowy z dodatkami.
Biznes roku! Idź pan w chuj ...
Oczywiście olałem te
zalecenia, bo chyba nikt normalny by ich nie wdrożył i nie wydał kolejnych
pieniędzy… Tak więc nadal byłem gruby. Może trochę zrzuciłem przed zimą, ale zbliżały
się mrozy i jak to niedźwiadki mają w zwyczaju, po raz kolejny zacząłem
gromadzić niezbędny tłuszczyk do przetrwania tego chłodniejszego okresu. Bycie
Misiem Bubu zobowiązuje. Śniegi stopniały, a ja zamiast być gotowy na lato, już
wiosną znowu byłem gotowy na kolejną zimową aurę.
Część druga - kilogramowa tranzycja
Minął kolejny rok. Moja waga poszybowała w przestworza, a
ja powoli zacząłem się godzić z faktem, że tak po prostu musi być. Nic nie
zapowiadało żadnej zmiany, aż tu nagle... Nieoczekiwanie przyszła pomoc ze
strony mojego terapeuty, do którego chodziłem ze względu na traumę powypadkową,
o której kiedyś Wam opowiem. Zaproponowano mi udział w innowacyjnym programie,
z którym eksperymentują norwescy psycho i fizjoterapeuci. Ów pionierski projekt
polegał na badaniu, czy po kilku tygodniach odpowiednich treningów, poprawia
się twoja psychika i funkcjonowanie we wszechświecie. No nie chciałem im
zdradzać wyników ich eksperymentu, bo od dawna wiedziałem, że wysiłek poprawia nasz
ogólny nastrój, ale stwierdziłem, że nie będę im podpowiadał...
To był dosłownie HIT - High Intensity Training (trening o wysokiej częstotliwości) - bo tak się
nazywał ów program. Z założenia miał trwać szesnaście tygodni i po jego
zakończeniu miałem poczuć wyraźną poprawę w przeżywaniu mojej traumy. Ochoczo
przystąpiłem do tego eksperymentu, bo oprócz poszukiwania spokoju po wypadku
ciągle miałem na uwadze utratę wagi oraz polubienie się z wysiłkiem i związanym z
nim potem. Miały to być klasyczne dwie pieczenie na jednym ogniu - oczywiście
bez mięsa. Jako że ryba psuje się od głowy, to pomyślałem sobie, że również
odzyskiwanie świeżości musi iść od łepetyny. Z tym nie było większego problemu,
bo już od dłuższego czasu dbałem o swój rozwój osobisty i ostatnio z dużą
ciekawością czytałem książki o takiej właśnie tematyce. Dodatkowo od paru lat
fascynowała mnie filozofia wschodu i jej podejście do życia. Lubiłem też czytać
i słuchać buddyjskich mnichów i mimo że nie ze wszystkim się zgadzam, to jednak
z ich filozofii można naprawdę dużo wyciągnąć. Jeszcze do tego wrócę, a
tymczasem zabieram się za ćwiczenia… Ale zanim musiałem jeszcze przeprosić się
z wagą, której kupiłem markowe baterie, żeby przeprosiny były szybciej
przyjęte. A żeby umiejscowić to w czasie, dodam, że był kwiecień 2025. Mój
ciężar – 113 kg, wzrost – 177, a po czterdziestu minutach jogi dobijał do 179
cm.
Zapoznałem się z ogólnymi zasadami treningu, wyposażyłem
w odpowiedni kostium (zdecydowanie mniej obcisły niż te w callanetics),
odpowiednie buty i trzy razy w tygodniu docierałem na przyszpitalną siłownię, by
pod okiem psycho-fizjo-terapeutów wykonywać zalecane mi wygibasy.
Najpierw 34 minuty na
bieżni w cyklu interwałowym, czyli: 6 minut wolniej, 4 minuty szybciej, 3
wolniej itd. Po małym kardio chwila odpoczynku i cztery serie po cztery ćwiczeń
siłowych. Martwy ciąg, przysiady ze sztangą, przyciąganie ciężaru na ławeczce i
wyciskanie sztangi. Wszystko skrupulatnie notowane w specjalnych tabelach. Do
tego raz w tygodniu sprawdzany był mój poziom zakwaszenia organizmu, żeby mieć
większy pogląd na osiągany przeze mnie progres. I to wszystko za darmo, nie
licząc paliwa do mojego wozidełka.
Nie będę ukrywał, że już po tygodniu totalnie mi się nie
chciało i właśnie wtedy z pomocą przyszła wspomniana wcześniej filozofia Wschodu.
Krótko przed przystąpieniem do tego eksperymentu, czytałem jedną ze swoich
buddyjskich książek i moją uwagę przyciągnął fragment o determinacji.
Zapamiętałem wówczas, że determinacja kształtuje osobowość człowieka i jego
dobre nawyki. I tak za każdym razem, gdy nie miałem ochoty na żadne ćwiczenia,
wracałem myślami do tych słów - to one pchały mnie do przodu i powodowały mój
upór. W końcu te dwie rzeczy - filozofia wschodu i HIT - zaczęły ze sobą tak
rezonować, że zrozumiałem, na czym to wszystko polega. Uczęszczanie na te
zajęcia nie tylko przyzwyczajało mnie do wysiłku, ale pokazywało pewnego
rodzaju dyscyplinę, która rozwija nasz charakter. I to było clou tego
wszystkiego.
Dodatkowo, żeby wzmocnić efekty mojej przemiany,
postanowiłem sam sobie wymyślić odpowiednią dietę. Zacząłem eksperymentować również
ze sobą i poznawać swoje ciało od nowa. Częściowo pomógł mi w tym Internet, ale
żeby przebić się przez te wszystkie treści, trzeba być naprawdę uważnym. Odpowiedni
algorytm od razu wyczuł, że gruby się poci, i podsyłał coraz więcej rolek z
radami. Trochę mi zajęło, zanim przebiłem się przez te wszystkie treści, ale
finalnie się udało. To wyglądało mniej więcej tak: „Jedz owoce” - mówili jedni.
„Owoce mają dużo cukru, więc nie możesz ich jeść” - odpowiadali drudzy, a to
tylko malutka namiastka tych internetowych mądrości. W tym wypadku, gdzie dwóch
Polaków, tam pięć opinii - jakiś totalny mezalians. Metodą prób i błędów (jak
to bywa przy eksperymentach) zauważyłem, że przy redukcji masy na pewno trzeba
ograniczyć węglowodany, ale jak to zrobić, skoro przez całe życie uzależniano
nas od pieczywa? Moim substytutem okazał się placek z cottage cheese, jajek i
trochę startego żółtego sera. Do tego pieprz, kurkuma (żeby pani callanetics
nie było smutno), curry i trochę suszonego czosnku. Piekłem, studziłem i
zawijałem w to różne warzywa, ryby, czy wegetariańskie przysmaki. Po jakimś
czasie okazało się, że to naprawdę działa. Aha, dodatkowo wprowadziłem okna
żywieniowe - jak coś robić, to na pełnej ku… petardzie. Na początku trochę boli
głowa od tej przerwy w jedzeniu, ale idzie się szybko przyzwyczaić - podobnie jak
z tym ludzkim powonieniem. Oczywiście żeby za szybko nie schudnąć, od czasu do
czasu - w nagrodę za utratę kolejnych kilogramów - pozwalałem sobie na odrobinę
szaleństwa i potrafiłem zeżreć jakieś węgle, np. w postaci całej czekolady,
kubełka ulubionych lodów albo włoskiego placka. Nie ma co się cały czas katować.
Najważniejszy w życiu jest odpowiedni balans. Po chwilowych gastronomicznych
odlotach szybko wracałem do diety i ćwiczeń, bo w głowie zawsze miałem
jedno zdanie: „Dyscyplina kształtuje
twoją osobowość.”
Po szesnastu tygodniach jako królik doświadczalny zadano
mi pytanie na temat wpływu tych ćwiczeń na mój organizm. Niestety nic oprócz
wagi się u mnie nie zmieniło i szczerze im to powiedziałem, ale dodałem, że po
takim wypadku i dodatkowo fakcie, że jak ktoś przesiedział 20 lat na kanapie,
to mało prawdopodobne jest, że parę tygodni zmieni jego życie. Moja szczerość
została nagrodzona i tym sposobem wyżuliłem kolejne cztery tygodnie na siłowni.
Polak potrafi! Niestety one szybko minęły, a ja wiedziałem, że jak zaprzestanę
tych regularnych treningów, znowu nadejdzie jesień, a co za tym idzie, kolejne gromadzenie
zapasów tłuszczu na zbliżającą się zimę. Nie chcę być dalej Misiem Bubu! Chcę pozostać
tym królikiem!
Zacząłem rozmyślać nad zakupem jakiegoś karnetu na
siłownię i kontynuację tych wygibasów w odpowiednio do tego stworzonym miejscu.
Niestety świadomość powrotu do walki ze smrodem, która była moją ostatnią
porażką, mocno hamowała moje plany. I wtedy z pomocą przyszły moje afirmacje i pojawił
się w myślach cytat z jednej z moich ulubionych książek, „Alchemika”:
„I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie
twojemu pragnieniu”.
I tak oto zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem, czy nie chcę może bieżni.
Jej znajomi chcą się pozbyć, bo zajmuje im za dużo miejsca... Jasne, że chcę! I
tym sposobem w darze od świata dostałem profesjonalną bieżnię, która uratowała
mnie przed nierówną walką z odorem z siłowni. Dokupiłem jeszcze parę ciężarków,
do tego kettle o ciężarze typowo kobiecym, żeby nauczyć się najpierw techniki i
kontynuowałem moją transformację w domowym zaciszu, pamiętając o dyscyplinie i
odpowiednim żywieniu. Żeby nie było nudno - zwiększyłem intensywność i czas na
tym elektronicznym chodniku do 67 minut dziennie, a w celu urozmaicenia ćwiczeń
i odpowiedniego żywienia rozpocząłem permanentne konsultacje ze sztuczną
inteligencją - naprawdę polecam - bardzo poczciwy robot, czasami trochę sztywny
i mało dostępny emocjonalnie, ale przecież nie o to tutaj chodzi. Nie dość, że
układa jadłospis, to jeszcze liczy kalorie i podsyła pełną suplementację.
To była pierwsza zima, w której mój wewnętrzny
niedźwiadek nie nagromadził tłuszczyku, a dodatkowo przepoczwarzył się w
królika! Śnieg, mróz i poziomy norweski deszcz nie były przeszkodą, bo miałem
swoją własną siłownię w ciepłym i przytulnym salonie. Sześć razy w tygodniu - z
uporem maniaka i dyscypliną w myślach - pociłem się jak Ziobro w prokuraturze
(jednak musiałem wrzucić coś politycznego - wybaczcie) i było mi z tym coraz
lepiej. Nie to, żebym od razu to pokochał, ale wiedziałem, że robię to dla
siebie i to, co robię, działa. Jednocześnie dla podtrzymania własnej motywacji -
ważyłem się codziennie. Większość personalnych trenerów w ogóle tego nie
zaleca, bo to jest głupie i bez sensu, ale… jeśli coś jest głupie, a działa -
to wcale nie jest głupie! A mnie to napędzało. Czasami waga pokazywała mniej,
czasami więcej, czasami przez dłuższy czas stała w miejscu, ale im bardziej nie
chciała ze mną współpracować, tym większy miałem zapał do tego, żeby jej
udowodnić, że jest w błędzie. Jedyny minus tego wszystkiego jest taki, że niebawem
będę musiał wymienić całą garderobę, bo w niektórych ubraniach wyglądam jakbym
zabrał je starszemu bratu. A ja nie mam brata…
Jest maj anno domini 2026. Moja waga - 94 kg (czyli minus
19 kg), wzrost 177, po jodze - wiadomo - jak na wstępie. I szczerze Wam powiem,
że dopiero po roku ciężkiej pracy odczuwam lekki dyskomfort, jak nie spocę się
odpowiednio codziennie - jak już nie powiem kto. A ostatnio przy machaniu
hantlami poczułem nawet lekki dreszczyk przyjemności! Wszystko jest możliwe!
Niech żyje królik Bubu! Bo kiedy czegoś gorąco pragniesz...
Bądźcie zdrów i dbajcie o siebie! Ja idę trochę się spocić!

Komentarze
Prześlij komentarz